|
Zakładki:
|
czwartek, 21 maja 2009
The Loo(ser) of the year
No to pojechaliśmy na Skye. A ściślej - ja pojechałam, bo to ja prowadziłam. Pożyczone auto o gabarytach tankowca. Po lewej stronie szosy. Ouch. Kiedy oddałam na chwilę kierownicę śmiesznemu, małemu Hiszpanowi, ten rozwalił dwa koła za jednym zamachem. 200 funtów poszło do kieszeni obrotnego mechanika, zamiast na balety. Ouch. Na Skye poruszaliśmy się per pedes. Poszliśmy szlakiem do Old Mann of Storr. A ściślej - reszta poszła. Ja po pierwszych dwustu metrach skręciłam kostkę. Ouch. I tak skończyła się moja wycieczka do Szkocji. Serdecznie Państwu polecam ten kraj wielu przygód. PS.Gdyby zaniosło Państwa kiedyś do miejscowości o tajmniczej nazwie Kyle of Lochlash, proszę koniecznie skorzystać z tamtejszej toalety, która zdobyła tytuł The Loo of The Year*. Proszę to zrobić dla mnie, bo ja nie miałam okazji. *czy to nie jest niesamowite, że są ludzie, którzy jeżdżą po Zjednoczonym Królestwie i oceniają toalety?
czwartek, 14 maja 2009
czwartek, 07 maja 2009
Szkocja wieczorową porą
Po kolacji poszliśmy zmierzyć się z wiatrem i wszechobecną brzydotą. Po raz kolejny sprawdziło się tzw. prawo nocy - po zachodzie słońca wszystko wydaje się piękniejsze, lepsze, o wiele bardziej przyjazne. Morskie fale mają grzywki z piany, wiatr chłoszcze piasek w sposób przypominający skomplikowaną animacje komputerową, zawraca mewy, latarnie dają słabe, ciepłe światło, przy pobliskim kosciele czterech panów w białych maskach i kombinezonach przeprowadza ekshumację*, taksówki ustawiają sie przed pubami... Jeśli do Kirkcaldy to tylko nocą! *serio.
wtorek, 05 maja 2009
Pamiętaj, abyś dzień święty święcił
Weekendy sa nasza odskocznia. Wlasnie tak, po burzujsku uciekamy od dni rozswietlanych przerwami na lunch, od wspolpracowniczek uczesanych w Croydon Lift, od tego biura, w ktorym siedzimy wylacznie_dla_pieniedzy. Od poniedzialku do piatku taka drobna, przepraszam za wyrazenie, prostytucja intelektualna, jak wyboj na drodze do lepszego zycia. Tak sobie ciulamy, pensik do pensika, jedna kawa na pol, jedzenie z Tesco i Lidla, zadnych szalenstw, zadnej rozpusty. Az do weekendu. Weekendy sa dla nas. Tesknote za Krakowem, zamiast zapijac - zabijamy. Drobnymi podrozami. W zeszla niedziele wybralismy sie do Anstruther, malego rybackiego miasteczka, ktore ma dokladnnie dwie atrakcje turystyczne: muzeum rybactwa i najlepszy w Wielkiej Brytanii bar z fish and chips. Chippy bar widac z daleka - zamiast jaskrawego szyldu czy znudzonego pana trzymajacego drogowskaz, jego adres wskazuje dluga kolejka, ktora wije sie w srodku i wychodzi na zewnatrz. Zakolejkowalismy sie i my. Czekajac na lupacza z frytkami, narodowa dume mieszkancow Krainy Deszczowcow, ogladalismy wycinki z gazet, dyplomy, ulotki, zrobilismy nawet idiotyczne turystyczne zdjecie przy wielkiej plastikowej postaci rybaka. Miedzy stolikami krzatala sie wlascicielka (wiemy, kto zacz, bo pelno jej na zdjeciach, dyplomach i wycinkach z gazet). Dobry znak. Wzielismy rybe na wynos i zjedliśmy na lawce z widokiem na latarnie morska. Nawet na chwile wyszło słońce - odkąd do naszego slownika weszło sformułowanie sunny interval, staramy się świętować kazy taki moment. Krotki spacer po falochronie zepsul wiatr. Malutkimi drzazgami wbijal nam sie pod ubrania. Zdazylismy juz przywyknac do trudnej urody tego kraju o uroku obrosnietego mchem kamienia, wiatr nas nie dziwi, deszcz nie oburza, ale mimo wszystko staramy sie chronic nasze gardla, jak mieszkancy Anstruther chronia swoje sklepy.* A potem było St. Andrews, późny powrót do domu i płytki sen pełen marketingowego bełkotu o kiltach. I tak upłynął wieczór. A poranek przyniósł wspomnienie smaku brytyjskiego takewaya nad morzem. zostało tylko to: *wladze Anstruther jakis czas temu wystosowaly apel do mieszkancow - w ogloszenia formatu A4, rozwieszonych we wszystkich witrynach, prosza tutejszych o zaniechanie nieekologicznych i zabojczych dla lokalnego budzetu autokarowych wycieczek do centrow handlowych w innych miescowosciach. Apel ma tytul "S.O.S. (Save Our Shops)".
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
Madry Szkot po szkodzie
Prawie trzy lata temu pisalam o koncu swiata brytyjskich tramwajow. Idiotyczny zachwyt motoryzacja w latach 50. wyrzucil tramwaje ze wszystkich brytyjskich miast, oprocz Blackpool, gdzie udalo im sie przetrwac jako atrakcji turystycznej. Dlatego mile zaskoczyly mnie rozkopane ulice Edynburga, gdzie trwa wlasnie budowa nowej linii tramwajowej. Na razie jednej - klasycznej W-Z - ale w planach jest juz kolejna, tzw. ring, czyli "tramwajowa obwodnica" centrum miasta. Zastanawiam sie przy okazji, czy Szkoci wpadna na to ze trasy tramwajowe moga sie przecinac - Irlandczykom cos takiego nie miescilo sie w glowie, w Dublinie istnieja wiec dwie linie, zupelnie od siebie niezalezne. Tramwaje maja szczescie - przywraca je do zycia rosnaca swiadomosc ekologiczna*. Na podobny los nie moze liczyc katedra w St. Andrews, ktorej ruiny ogladalismy wczoraj z M. Monumentalna gotycka budowla (150m w najdluzszym miejscu), ktorej zbudowanie zajelo ponad 150 lat, miejsce pielgrzymek wiernych z calej Europy spotkal los podobny do tego, jaki kilka stuleci pozniej stal sie udzialem brytyjskich tramwajow. 11 czerwca 1559 wzburzony kazaniem wygloszonym przez reformatora Johna Knoxa tlum wdarl sie do katedry i doszczetnie ja spladrowal. Cztery dni pozniej katedra nie nadawala sie juz do uzytku. Kamien z jej scian jeszcze przez ponad sto lat sluzyl do budowy okolicznych domow. Ten sam slepy zachwyt nowym, ta sama pogarda dla tego, co zastane. Wreszcie ktos sie opamietal i dzieki temu z katedry cokolwiek zostalo. Madry Szkot po szkodzie. A mi przypomniala sie Miodowa 39 i kamienica na Ujejskiego, dom wyburzony pod budowe hotelu Park Inn, oparte na palach fasady kamienic przy Karmelickiej i Kopernika. Ta sama ignorancja, ta sama pogarda, ten sam okrzyk- "Idzie nowe!". Wyobraznia wyswietla mi pograzony w amoku tlum, oblepiajacy styropianem kosciol Mariacki i Wawel, parady buldozerow z radoscia witane przez powiewajaca choragiewkami tluszcze, dzwon Zygmunta oklejony reklamami. Ciekawe, kiedy my nauczymy sie uczyc na cudzych bledach? *przepraszam za wyrazenie
piątek, 24 kwietnia 2009
Z pradem, pod prad, bez pradu
Kurs funta w dol, ja na Wyspy, z jedna rejestrowana walizka i ulubionymi racjonalizacjami w bagazu podrecznym. Standard. Tym razem nie jestem sama. Wyruszylam w te krotka podroz po brytyjskiej polnocy i zaulkach mentalnosci jej mieszkancow z moim drogim M., ktory objal stanowiska Naczelnego Katalizatora dla moich powszednich frustracji i Sedziego Kalosza naszego prywatnego meczu pomiedzy Klubem Rozsadku a Druzyna Marzen. Miejsce tymczasowego pobytu: stolica brudnej prowincji, ciagle jednak tytulujacej sie "Kingdom of Fife" w gescie szacunku dla epok minionych (a moze w ramach projektu budowania wysokiego poczucia wlasnej wartosci wsrod - zwykle bezrobotnych - mieszkancow?). Kirkcaldy. Darujcie sobie przeszukiwanie map. GoogleMaps klamia.* *Google Maps nie pokazuja: wrzasku mew, brudnych dzieci, smieci na ulicach, ptasich kup, rozbitego szkla w ciemnych zaulkach, porosnietych glonami wozkow sklepowych, wyplutych przez morze na blotnista plaze.
wtorek, 23 stycznia 2007
Spozywczy. Magazin. Pardotutove.
Otoz oficjane statystyki donosza, ze ponad 40% Polakow wyjezdzajacych do pracy na Wyspy osiedla sie w Londynie. Nie sposob nie zauwazyc. Za kazdymi drzwiami, ktore popchnelam w czasie poszukiwania pracy czaili sie jacys emigranci z Kraju Truskawki i Ziemniaka. W wiekszosci blondynki o wlosach pofarbowanych na dziwny odcien popielu (w odroznieniu od Angielek, ktore widocznie upodobaly sobie farbe w kolorze zoltka jaja kurzego), ale nie brakuje i polskich kiperow, pozbawionych wlosow wogole. Ci ostatni cierpia na szczegolny rodzaj tesknoty za ojczyzna, totez wypracowali sobie swoj wlasny sposob, by byc blizej pagorkow lesnych i lak zielonych. Okazuje sie, ze angielski krajobraz moze byc calkiem swojski. Wystarczy tylko udekorowac go porzuconymi na poboczach i w parkach puszkami po piwie 'Zubr', 'Warka' i 'Zywiec'. Kilka oproznionych paczek po papierosach tez nie zaszkodzi. W tym przypadku koniecznie trzeba jednak zadbac o to, zeby ostrzezenie ministra zdrowia 'Palenie szkodzi Tobie i osobom w Twoim otoczeniu' bylo dobrze widoczne. Kolonizacja postepuje. Burmistrz Londynu, Ken Livingstone, sygnuje plakaty drukowane specjalnie dla Polakow, bo po polsku. Na przystankach coraz wiecej reklam skierowanych do nowoprzyjezdnych, w dobrze nam znanym jezyku. Przy kazdej wiekszej stacji metra mozna dostac 'Polish Express', a przy odrobinie szczescia w eterze zlapac Radio Orla. Polskie produkty wprowadzila ostatnio do swoich sklepow jedna z wiekszych brytyjskich sieci handlowych - Morrison's. My dokladamy swoje, dbajac o doskonaly kolportaz polskich smieci. Przestrzen publiczna nasza.
wtorek, 16 stycznia 2007
Wanted: Flatshare/ roomshare/ coach surfing. Short term.
...tak, jest tygodniowy depozyt i tygodniowy rent z gory, ale nie ma problemu, bo landlord jest fajny i oddaje depozyt przy wyprowadzce. To jest flat, w bloku, w sumie sa jeszcze trzy inne. Oprocz mnie mieszkaja jeszcze 4 osoby, Filipinka, Hiszpan i dwojka z Poludniowej Afryki. Jest czysto, przyjemnie, o ogrodku jest miejsce na BBQ. Niedaleko jest tuba i basstop, dobre polaczenie do £oterlu. Ja pracuje niedaleko, w kofiszopie, staf to sami Polacy. Menedzerka jest fajna, placa nam co drugi tydzien, taki dil. Na jak dlugo chcesz zostac? Tylko miesiac? A potem? Co? Po co chcesz wracac do Polski?
czwartek, 11 stycznia 2007
Tragedia narodowa. National tragedy.
Płacz matek i córek obudził mnie rano, na zewnątrz ulewa nieodmiennie przypominała, gdzie jestem. Poszłam do kuchni i radio oznajmiło: DAVID BECKHAM ODCHODZI! Najpierw pomyślałam, że umiera i zastanawiałam się, czy coś przedawkował. Ale nie, tylko wyjeżdża do Stanów i będzie grał dla tego stada imigrantów, którego się nie udało pokonać Wielkiej Nacji Angolskiej w odpowiednim momencie historycznym. Ale co tam historia. Histeria, ot co się dzieje. Się dzieje. Tony Blair wkrótce ogłosi żałobę narodową, królowa abdykuje, Camilla P.-B. popełni samobójstwo wieszając się na pasku z piór. Należy spodziewać się też regularnych pochodów męczenników ulicami większych miast. Będą się biczować, chodzić we włosienicach i wołać o pomstę do niebios. Kilku lokalnych muzułmanów wysadzi się w powietrze. Uniwersytety zostaną zamknięte, tutejsze oddziały Self-Defence zorganizują w ramach protestu blokady autostrad. Do kościołów wrócą wierni. Psy na kilka dni przestaną obsrywać chodniki i parki. Nastoletnie fanki Beckhama będą w desperacji słać do niego listy oferując mu swoje dziewictwo i dożywotnie usługi seksualne w zamian za pozostanie w kraju. A ja i reszta Polaków będziemy się śmiać. I cieszyć, że dzięki Davidowi, angielscy fani futbolu zapomną o spektakularnej porażce Jerzego Dudka. I przyjaźń polsko-angielska odżyje. Przy barze w pubie. Alkohol jest dobry na wszystko.
środa, 10 stycznia 2007
Polakom na obczyznie dedykuje z przyjemnoscia
Entliczek-pentliczek, czerwony stoliczek, (Jan Brzechwa) |